ETF’y – nie taki diabeł płynny, jak go notują. | LifeWays | world famous money ideas

ETF’y – nie taki diabeł płynny, jak go notują.

 

Stara (hulająca w latach ’90 wśród polskich maklerów) anegdotka pt. “przychodzi dziadek do biura maklerskiego i krzyczy
od drzwi, że wnuczek polecił mu kupić akcje WIG20” na szczęście nigdy już nie powróci. W końcu teraz każdy może sobie kupić indeks.

ETF (exchange-traded fund) to fundusz inwestycyjny, który w założeniach naśladuje zachowanie określonego indeksu rynkowego.
Zarządzający ETF-em na bazie zakupionych instrumentów finansowych emituje tytuły uczestnictwa (odpowiednik jednostek uczestnictwa), którymi w przeciwieństwie do jednostek tradycyjnych funduszy inwestycyjnych, handluje się bezpośrednio na giełdzie – w taki sam sposób jak akcjami. W przeciwieństwie do jednostek funduszy otwartych, których jednostki mogą być umarzane nawet przez kilka dni i wycenianie tylko raz w ciągu dnia, można je zbyć (albo nabyć) w dowolnym momencie trwania sesji.

Instrumenty typu ETF bardzo poszerzają spektrum możliwości dla każdego inwestora indywidualnego za sprawą dziecinnie łatwej dywersyfikacji aktywów. Przykładowo: jeśli chcemy zbudować portfel wiernie odwzorowujący indeks S&P500, to mamy do wyboru albo zbudować portfel akcji tych 500 spółek i w pocie czoła harować dokonując odpowiednich modyfikacji albo zakupić dla siebie
kawałek tortu z ETF-a, który śledzi właśnie ten indeks.

ETF-y kuszą również niskimi opłatami za zarządzanie, które wynoszą po kilka dziesiątych punktu procentowego. W porównaniu z kilkuprocentowymi opłatami pobieranymi przez tradycyjne fundusze inwestycyjne, wygląda to na istne Eldorado, tym bardziej, że nie jest to tylko ograniczona czasowo promocja.

Skąd tak duża różnica? Niskie opłaty w ETF-ach związane są z pasywnym zarządzaniem funduszem, który jedynie naśladuje ruchy indeksu. Zażartą walkę z benchmarkiem toczą natomiast (z bardzo różnym skutkiem) zarządzający funduszami inwestycyjnymi oraz sztab analityków. Więc jak łatwo się domyślić – wyższe opłaty w funduszach inwestycyjnych wiążą się z wynagradzaniem większej ilości osób pracujących na jego dobry wynik.

No i na tym w zasadzie kończy się wyliczanka zalet ETF-ów, a przed nami twarde lądowanie. Być może jedyny – natomiast ogromnie poważny minus ETF-ów – stanowi słaba płynność. Skutkuje ona tym, że wyjście z inwestycji w najbardziej opłacalnym dla nas momencie może okazać się niemożliwe ze względu na brak ofert kupna. Niska płynność przekłada się na wysoki spread pomiędzy ofertami kupna i sprzedaży, a co za tym idzie, dodatkowy koszt. Rzeczywistość jest w tym przypadku bardzo brutalna. Spośród kilkuset notowanych na europejskich giełdach ETF-ów, można wybrać co najwyżej kilkanaście satysfakcjonująco płynnych.

Czyżby czar prysł?

Ala Moderska

Zespół Analiz Rynkowych i Inwestycji Kapitałowych