Pułapka zawodowa na pokolenie Y | LifeWays | world famous money ideas

Pułapka zawodowa na pokolenie Y

Są bardzo pewni siebie, swobodnie poruszają się w świecie nowoczesnych technologii, internet stanowi dla nich niemal środowisko naturalne. Normą dla nich jest swobodny dostęp do wiedzy, informacji. Być może właśnie dlatego nie cenią zbyt wysoko już nabytej wiedzy, czy doświadczenia. Przecież dla nich te informacje są o wyciągnięcie ręki, a świat zmienia się tak szybko, że umiejętności wcześniej nabyte mogą być już wkrótce mało przydatne.

Nie boją się wyzwań. „Damy radę” – to typowa postawa wobec wysoko postawionej poprzeczki. Ale tę poprzeczkę wolą ustawiać sobie sami. Według własnych kryteriów, ambicji i zgodnie z własnym poczuciem obowiązku. Własny rozwój, zrównoważone proporcje między życiem zawodowym, rodziną i kontaktami z przyjaciółmi – to jeden z fundamentów kierowania własnym życiem. A z drugiej strony bardzo selektywne podejście do zdobywania wiedzy o otaczającym świecie. Słaba orientacja i małe zainteresowanie polityką, problemami społecznymi i gospodarczymi. I to nie tylko globalnymi, ale również krajowymi, czyli w rzeczywistości dotyczącymi ich samych.

O kim mowa? O pokoleniu Y.

To ludzie urodzeniu po 1980 r. (niektórzy przyjmują za datę graniczną rok 1985). Są następcami pokolenia X urodzonego w siódmej i ósmej dekadzie ubiegłego wieku. Te nazwy generacji są używane na całym świecie, chociaż w różnych krajach pewne cechy poszczególnych pokoleń są specyficzne, wynikają z lokalnych warunków społecznych i gospodarczych.

Jakże różnią się te generacje! „Iksy” to klasyczny przykład bardzo szybkiego awansu ekonomicznego i społecznego. Często beneficjenci, ale i ofiary, zawodowego „wyścigu szczurów”. Skłonni poświęcić wiele wartości, w tym życie osobiste, rodzinne, własne zainteresowania, aby osiągnąć sukces w pracy. Przyzwyczajeni do ciężkiej pracy, często po godzinach, do konkurencji. Ale również umiejący pracować zespołowo i dochodzić do kompromisów. Pamiętają jeszcze ciężkie czasy stagnacji z lat siedemdziesiątych, czy tak, jak w Polsce – czasy siermiężnej gospodarki centralnie sterowanej.

„Igreki” zostały wychowane już w łatwiejszych czasach. W okresie szybkiego wzrostu gospodarczego, radykalnej poprawy warunków życia, rewolucji informacyjnej w gospodarce i życiu społecznym. Z reguły rodzice chcieli im usunąć z drogi jak najwięcej przeszkód i utrudnień w życiu, chcieli żeby dzieciom żyło się łatwiej. I mogli im to zapewnić. A oprócz tego niejako wynagrodzić materialnym poziomem życia niedostatek poświęcanego im czasu. Wtedy, gdy pokolenie „Y” dorastało, rodzice budowali przecież karierę zawodową i na tym się skupiali.

Teraz na rynku pracy spotykają się te dwa pokolenia. „Iksy” jako przedstawiciele pracodawców i „Igreki” jako potencjalni pracownicy. Sytuacja jest szczególnie trudna ze względu na spowolnienie gospodarcze i rosnące bezrobocie. Dodatkowy kłopot sprawia jednak bardzo często występujący brak zrozumienia po obu stronach. Pokolenie Y niespecjalnie interesuje się „kombatanckimi” osiągnięciami „Iksów”. Starsze pokolenie to dla nich często śmieszni ludzie, słabo radzący sobie z nowymi technologiami, „przyspawani” od wielu lat do swoich stanowisk pracy, wykazujący się jakąś mało potrzebną wiedzą – którą tak łatwo można zdobyć w „necie”.

A pracodawcy z pokolenia X lub nawet wcześniejszego, widzą „Igreków” jako pewnych siebie, niedoświadczonych młokosów, przeceniających wartość umiejętności czysto technicznych (korzystanie z najnowszych technik cyfrowych i elektronicznych), ale słabo radzący sobie z krytyczną analizą odbieranych informacji, nie wspominając o kreatywnej syntezie i opisie zachodzących zjawisk. W dodatku pojęcie przywiązania do miejsca pracy jest pokoleniu Y niemal zupełnie obce. Dla „Iksów” to często oznacza niemal brak lojalności wobec pracodawcy.

Nic więc dziwnego, że tak często słyszy się opinię pracodawców o paradoksie na obecnym rynku pracy – duże bezrobocie, dużo chętnych do pracy, ale trudno znaleźć kandydata spełniającego oczekiwania. Być może te oczekiwania są wygórowane lub słabo przystają do rzeczywistości po stronie podaży pracy.

Z drugiej jednak strony bardzo łatwo można zauważyć kogoś z młodych ludzi wyróżniającego się w procesie rekrutacyjnym. Zwłaszcza, jeśli może przedstawić dowód posiadania jakichś rzadko spotykanych umiejętności, wiedzy, kompetencji. Standardem wśród „Igreków” staje się wyższe wykształcenie, setki tysięcy mogą pochwalić się kilkoma fakultetami, o znajomości (certyfikatach) przynajmniej jednego języka obcego nie wspominając. To już nie robi niemal żadnego wrażenia w procesie rekrutacji. Jeśli jednak kandydat do pracy przedstawi dokument (świadectwo, certyfikat, licencję) osiągnięte w wyniku zdania egzaminu, o poziomie trudności niedostępnym dla większości rówieśników, to jest to wielki atut zawodowy dla młodego człowieka.

Czasy w gospodarce są trudne. Przedsiębiorcy boją się ryzykować, tną koszty. Jeśli więc mają przyjąć do pracy nowego pracownika, to wolą nie eksperymentować, bo takie eksperymenty mogą drogo kosztować. Albo zatrudnią kogoś już z doświadczeniem, z polecenia. Albo ograniczą swoje ryzyko zatrudniając młodego i niedoświadczonego, ale przynajmniej gwarantującego odpowiednio wysoki (czy wręcz rzadko spotykany) poziom wiedzy teoretycznej.

Jak do tego ma się pseudootwarcie niektórych zawodów w wykonaniu ekipy ministra Gowina? Ma ponoć przynieść 100 tysięcy nowych miejsc pracy. Ciekawe, z którego „sufitu” wzięto te szacunki? Rezygnacja z trudnych państwowych egzaminów zamyka przecież młodym ludziom dostęp do tych cennych licencji i certyfikatów! Już nie będą mieli żadnej szansy zdobyć takich dokumentów poświadczających wyjątkowy poziom wiedzy merytorycznej. W zamian za to pojawi się wiele podmiotów komercyjnych (mogą być to nawet organizacje non-profit, ale pobierające opłaty pokrywające koszty kursu przygotowawczego do egzaminu) wystawiających mnóstwo najróżniejszych dokumentów mających potwierdzić kwalifikacje i wiedzę. Ale dobro, które z wyjątkowego staje się powszechnym traci na wartości – to stara ekonomiczna prawda. Wyjątkowymi pozostaną „stare” państwowe licencje i certyfikaty. Tym cenniejsze, że ich posiadaczy nie będzie przybywać.

Naiwnością jest oczekiwanie, że rynek zweryfikuje umiejętności nowicjuszy w „otwierających się” zawodach. Czy racjonalny pracodawca będzie chciał ryzykować i ponosić koszty eksperymentu z zatrudnianiem nowego pracownika do czasu owej weryfikacji? Zwłaszcza teraz – w trudnych dla gospodarki czasach. Będzie wolał zatrudnić osoby już sprawdzone przez rynek, a jeśli będzie ryzykował przyjęcie do pracy nowicjusza, to będzie wymagał wykazania się już w czasie rekrutacji czymś wyjątkowym. Trudne do zdobycia licencje, czy certyfikaty są właśnie takim wyróżnikiem.

I tym sposobem, w razie sfinalizowania całego procesu legislacyjnego ustaw deregulacyjnych, będziemy mieli kolejny przypadek, gdy politycy chcieli dobrze, a wyszło… jak zwykle. W przypadkach wielu zawodów skutecznie zostanie zablokowany proces wymiany pokoleniowej. Pseudootwarcie profesji, które do tej pory wymagały jedynie wykazania się wybitną wiedzą czy kwalifikacjami (potwierdzonymi przez państwowe egzaminy), de facto będzie oznaczało znaczne utrudnienie startu młodym ludziom z pokolenia Y. I to tym najambitniejszym i najzdolniejszym. Mogą długo jeszcze czekać aż rynek zweryfikuje ich wiedzę i kwalifikacje, ponieważ po prostu nie dostaną od potencjalnych pracodawców takiej szansy. A cóż dopiero powiedzieć o pozostałych „Igrekach”? Czeka ich tylko rozgoryczenie i frustracja wynikające z gigantycznego dysonansu między ich planami i marzeniami a twardą rzeczywistością?

Socjologowie twierdzą, że nawet w samym pokoleniu Y zróżnicowanie jest ogromne. Podobno już różnica wieku rzędu tylko 10 lat powoduje trudności w znalezieniu wspólnego języka. Jak mają go znaleźć ze starszymi generacjami, od których nadal są mocno uzależnieni? Tym młodym ludziom przychodzi obecnie zmierzyć się z bardzo trudnym rynkiem pracy, ze spowolnieniem gospodarczym i niezbyt optymistycznymi prognozami demograficznymi. I muszą się jeszcze uporać z niezrozumieniem i nieufnością starszych wiekiem szefów. To aż nadto wyzwań, zwłaszcza dla większości „Igreków”, którzy dotąd całymi garściami czerpali ze swobód porządku demokratycznego, otwartych granic, globalizacji i coraz lepszej sytuacji materialnej ich rodziców.

Coraz więcej będzie zależeć w naszym kraju od ludzi starszych. To oni będą dysponować proporcjonalnie coraz większą częścią majątku narodowego, to oni będą stanowić większość w wyborach demokratycznych, to na ich potrzebach coraz mocniej będą koncentrowały się strategie ekonomiczne firm, rządów, czy polityków. Oznaki tego procesu można bardzo łatwo zobaczyć choćby u naszego zachodniego sąsiada, którego społeczeństwo starzeje się najszybciej na świecie. Warto przyjrzeć się choćby proporcjom ilości niemieckich reklam telewizyjnych kierowanych do ludzi młodych i do starszego pokolenia.

Coraz częściej słychać głosy, że obecna młodzież może być – pierwszym od wielu wieków – pokoleniem, dla którego sukcesem będzie już tylko utrzymanie poziomu życia ich rodziców. To bardzo pesymistyczna prognoza. Ale żeby nie stała się rzeczywistością trzeba znacznie więcej wysiłków niż proste kopiowanie działań podjętych w krajach zachodnich w poprzednich dekadach – w innych warunkach i adresowanych do innych generacji. Pokolenie Y ma swoje specyficzne cechy, styl bycia, oczekiwania i ambicje. Aby im pomóc w starcie w dorosłe życie warto uszanować ich odrębność, a nie próbować na siłę wpoić im wzorców ludzi sukcesu z poprzednich pokoleń. Wykorzystać ich mocne strony. Takie, jak łatwość obcowania z nowoczesną techniką, otwartość na nowe pomysły czy dążenie do zrównoważonego rozwoju.

Jeśli to się nam nie uda, to kiepsko będą wyglądać i nasze perspektywy – pokolenia X, i wcześniejszych generacji.

Alfred Adamiec

Główny Ekonomista LifeWays