Zaklinanie rzeczywistości przez instytucje finansowe | LifeWays | world famous money ideas

Zaklinanie rzeczywistości przez instytucje finansowe

Marcowa obniżka podstawowej stopy procentowej w Polsce do historycznego (od 1989 r.) minimum została bardzo dobrze przyjęta przez rząd, analityków i inwestorów. Niższy koszt pieniądza może wesprzeć gospodarkę w okresie jej osłabienia. Zdecydowanie mniej pozytywnych opinii na temat można usłyszeć ze strony posiadaczy depozytów bankowych. Dla nich niższe stopy procentowe oznaczają znacznie mniejsze zyski z oprocentowania kapitałów powierzonych bankom.

            Właśnie to rozczarowanie posiadaczy depozytów bankowych malejącymi zyskami z lokat bankowych ma być podstawowym czynnikiem skłaniającym ich do przetransferowania kapitałów do bardziej ryzykownych instrumentów, zwłaszcza na rynek akcji. Czy to bezpośrednio na warszawską giełdę, czy też za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych. Kolejnym argumentem za nieuchronnym i rychłym zwiększeniem napływu kapitałów na polski rynek akcji ma być wielce wyczekiwane ożywienie gospodarcze, które ma nadejść w II połowie bieżącego roku.

            Przedstawiciele najróżniejszych instytucji finansowych jak mantrę powtarzają optymistyczne prognozy rodzimego rynku akcji na rok 2013. Po głębszej analizie można w tym działaniach znaleźć znacznie więcej marketingowego szumu i próby zaklinania rzeczywistości niż twardych argumentów za tak pomyślnym rozwojem sytuacji. Trudno dziwić się autorom takich prognoz. Reprezentują bowiem towarzystwa funduszy inwestycyjnych (TFI), które mają za sobą najgorszy– pod względem zysków – rok od 7 lat. Albo autorami prognoz są przedstawicielami banków, dla których niskie stopy procentowe, ograniczony zakres akcji kredytowej, słabsze perspektywy na rynku obligacji skarbowych zapowiadają poważny spadek zysków w porównaniu do roku 2012. A dochodzi jeszcze zagrożenie wycofania z depozytów bankowych gospodarstw domowych niemałej części z gigantycznej – jak na polskie warunki – kwoty ponad 500 mld zł. Gdy zniechęceni niskim oprocentowaniem (a być może i wystraszeni cypryjskim zamieszaniem wokół podatku od depozytów) posiadacze lokat bankowych przeniosą te pieniądze w inne miejsca, a banki nie uszczkną choćby drobnej prowizji z tej operacji, to będzie oznaczało dla banków istotne straty finansowe.

Trudno więc dziwić się dosyć oczywistemu pomysłowi ratowania zysków sektora bankowego i segmentu funduszy inwestycyjnych. A rozwiązanie problemów jest dosyć proste: trzeba przekonać szerokie rzesze posiadaczy depozytów bankowych, że skoro zniechęca ich niskie oprocentowanie lokat bankowych, to najlepszym miejscem do przeniesienia tych kapitałów są polskie fundusze inwestycyjne, zwłaszcza akcyjne. Najlepiej za pośrednictwem okienka bankowego, lub spółki dystrybucyjnej należącej do banku. Ta spółka lub sam bank pobierze prowizję sprzedawcy, a TFI zwiększy aktywa swoich funduszy, za które pobiera opłatę za zarządzanie. Najwyższą procentowo opłatę pobiera się właśnie od funduszy akcji. Jeśli jeszcze do tej kalkulacji doliczymy korzyści (dywidendy) banków – akcjonariuszy TFI, to zyski obydwu stron (banków i TFI) są ewidentne. A korzyści klientów? Już niekoniecznie. Dużo będzie zależało od ich wiedzy i doświadczenia na rynku finansowym. A z tym nie jest najlepiej.

Ekonomiczną podstawą do hossy na polskim rynku akcji ma być osiągnięcie dna koniunktury gospodarczej naszego kraju w I połowie 2013 r. i stopniowe rozpędzanie się naszej gospodarki w kolejnych kwartałach. Wspomóc ją w tym wzroście mają najniższe od ponad 20 lat stopy procentowe i działania stymulacyjne rządu. Problem polega na tym, że w oczekiwaniu na pozytywną II połowę roku 2013 polski rynek akcji ruszył do wzrostów już… w czerwcu 2012 r. Co więcej, obecne wyceny wielu polskich spółek uwzględniają założenie, że poprawa koniunktury gospodarczej będzie bardzo szybka, na wzór lat 2003, 2009. Tymczasem coraz więcej wskazuje na inny scenariusz – mozolne przyspieszanie trwające wiele kwartałów i osiągniecie tempa wzrostu ok. 4% w 2016 r., albo później. Przyczyną jest brak w ostatnich latach poważnych reform wzmacniających polskie przedsiębiorstwa. Przykro to stwierdzić, ale aby akcje naszych firm stały się atrakcyjne, w porównaniu z podobnymi firmami notowanymi na giełdach światowych, musiałby zrealizować się jeden z dwóch scenariuszy. Albo poważnie staniałyby polskie akcje, albo mocno zdrożały akcje światowych konkurentów. Do takiej konkluzji prawdopodobnie doszli również zarządzający otwartymi funduszami emerytalnymi (OFE) ponieważ zdecydowanie zwiększyli w ostatnich miesiącach zakupy akcji na zagranicznych giełdach, kosztem nabywania polskich akcji.

Co w takiej sytuacji ma zrobić zdezorientowany posiadacz kapitału, namawiany do lokaty bankowej połączonej z funduszem inwestycyjnym, albo do instrumentu strukturyzowanego, albo do samego funduszu inwestycyjnego. Zrezygnować z tych możliwości inwestowania? Nie należy z góry przekreślać takich inwestycji, ale zapoznać się z instrumentem, w który będzie się lokować swoje pieniądze. Jeśli cała konstrukcja tego instrumentu jest niezrozumiała, albo jej zysk zależy od parametrów, których nie można sprawdzić na bieżąco, to racjonalny inwestor rezygnuje z takich „okazji”. Kolejna fundamentalna zasada to dywersyfikacja, czyli podział kapitału między różne instrumenty finansowe. Należy jednak pamiętać, że dywersyfikacja zdecydowanie zmniejsza ryzyko inwestycji, ale jednocześnie obniża potencjalny zysk. Przecież, aby uzyskać maksymalny zysk w danym okresie należałoby ulokować cały kapitał w jeden najbardziej zyskowny instrument. Tylko, kto ex ante wie, która inwestycja przyniesie największy zysk? Lepiej więc działać według ponadczasowej zasady inwestycji – najpierw chroni się kapitał, a dopiero potem szuka zysków.

W ramach niezbędnej dywersyfikacji instrumentów finansowych w portfelu inwestycyjnym należy pamiętać nie tylko o zróżnicowaniu rodzajów tych instrumentów, np. funduszy (akcji, obligacji, rynku pieniężnego, surowcowe, aktywnej alokacji, itp.), ale także o zróżnicowaniu geograficznym i walutowym. Oczywiście portfel złożony wyłącznie z zagranicznych funduszy jest obarczony poważnym ryzykiem walutowym – przecież polski inwestor rozlicza inwestycję w polskim złotym. Należy zachować umiar również i w korzystaniu z rynków zagranicznych.

Warto również pomyśleć o możliwości zmiany swojego portfela inwestycyjnego w zależności od sytuacji gospodarczej, politycznej i rynkowej. Zasada „kup i trzymaj” sprawdzała się w czasach prosperity lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku i w kilku pierwszych latach XXI wieku. Obecnie świat, a zwłaszcza rynki finansowe, z trudem walczą o utrzymanie stabilności i nacechowane są dużą zmiennością. A w takich warunkach najlepiej trzymać rękę na pulsie i na bieżąco reagować na nowe warunki. Nie oznacza to konieczności spekulacji z częstotliwością dzienną, czy tygodniową. Ale możliwość zmian w portfelu inwestycyjnych kilka razy w roku, najlepiej bez dodatkowych kosztów, jest bardzo cenna.

„Zaklinacze rzeczywistości” z instytucji finansowych mają jednak mocne argumenty do optymizmu w dłuższym – niż to powszechnie wskazują – horyzoncie. Wiele bowiem wskazuje na powolne zbliżanie się kolejnej dużej fali hossy na polski rynek akcji. Rzeczywiście niemało czynników i wskaźników sugeruje rozpoczęcie takiego ruchu cen akcji w górę w ciągu kilku (3-6) kwartałów. Jeśli doszłoby wcześniej do poważniejszej (co najmniej 20%) przeceny urealniającej kursy akcji do perspektyw rozwoju polskiej gospodarki na warszawskim parkiecie, to może nawet jeszcze w 2013 r. zagościłaby wieloletnia hossa. Tym niemniej wyczekiwanie na poprawę koniunktury na polskim rynku akcji może być po prostu stratą czasu, a co za tym idzie – również kapitału. We współczesnym świecie odrzucenie możliwości lokowania kapitałów w różnych instrumentach na rynkach zagranicznych jest nie tylko utratą potencjalnych zysków, ale również rezygnacją z ograniczenia ryzyka inwestycyjnego. A na to racjonalny inwestor nie powinien sobie pozwalać.

Alfred Adamiec

Główny Ekonomista LifeWays